Jak trafia na stół manga-mangalica?

Bence Stubnya o popularności mangalicy w Japonii.

Gdybym na podstawie zaproszenia nie wiedział, czego dokładnie szukać w „Noir et l’or”, restauracji na budapeszteńskiej Király utca, to po przeczytaniu nazwisk gości honorowych – Zsolta Feldmana, podsekretarza stanu w Ministerstwie Rolnictwa, Pétera Tótha, prezesa Narodowego Węgierskiego Stowarzyszenia Hodowców Mangalicy, Torimo Matsumoty, pochodzącej z Tokio japońskiej rysowniczki anime i Kunihiko Jasudy, japońskiego attaché kulturalnego – pewnie straciłbym resztki wiary w oczywistość świata.

Kierując się regułą nieprawdopodobieństwa rzeczy myślałbym sobie, że trafiłem do Galapagos Kurta Vonneguta, gdzie społeczeństwu o w miarę podobnym składzie udaje się przeżyć koniec świata i przedłużać gatunek ludzki przez miliony lat na drodze całkowicie przerażającej ewolucji. Nie licząc tego, że tutaj nie ma oceanu i bezludnych wysp.
Za to na stole stoi wielka, wypchana świnia, a nad nim wisi świński herb. Już tylko na ich podstawie mógłbym zwątpić, że w rzeczywistości tak przebiega nasza ewolucja.

Źródło: index.hu

Źródło: index.hu

Ale dokładnie wiedziałem, gdzie jestem. Przecież już wcześniej ze zdziwieniem pomieszanym z zaciekawieniem czytałem zaproszenie, prawie tak interesujące jak powieść Vonneguta, w którym napisano, że będzie mowa o mangalicy, która również w Japonii zaliczana jest do dań dla smakoszy.

Na dodatek Torimo Matsumoto, dwudziestosiedmioletnia Japonka rysowniczka anime, właśnie tutaj po raz pierwszy spotkała osobiście rude, blond i jaskółcze mangalice. I chociaż w epoce wielkiego oglądania, jak na jedną konferencję prasową, byłoby to wystarczające, to była też mowa o czymś więcej.

Nie o czym innym, tylko o nowej interpretacji wspólnych językowych korzeni mangi i mangalicy!

Tak w ogóle, to historia nie zaczęła się ani w Japonii, ani od Torimo Matsumoto, tylko od tego, że na początku lat 90. Péter Tóth, młody inżynier rolnictwa, zafascynował się mangalicą. I to do tego stopnia, że połączył ze sobą akcję hodowania i popularyzowania mangalicy. Dzięki niej nie tylko uratował rodzimy gatunek od wyginięcia, ale i rozwinął mangalicowy biznes – obecnie w Japonii jest ok. 500 restauracji (w tym taka, która posiada wszystkie gwiazdki Michelin) –w których można dostać mangalicę.

Tak ukierunkowane zainteresowania Pétera Tótha widać nie tylko po tym, że w czasie próby mikrofonu wydawał z siebie odgłos małego prosiaka. Później, po konferencji prasowej, dał mi swoją wizytówkę, tylko dlatego, że zapytałem gdzie kupił krawat w prosiaczki, który ja też od dawna planuję nabyć.

Ciągle jednak nie dawało mi spokoju jedno zdanie z zaproszenia: Komiks przedstawiający Pétera Tótha – inżyniera rolnictwa, który pełną poświęcenia pracą walczy o zachowanie chronionego, rodzimego i zagrożonego wyginięciem gatunku zwierząt gospodarskich.
Wiedziałem już oczywiście, że Matsumoto jest tu dlatego, ponieważ Norbert Palanovics, kierownik biura japońskiego przedstawicielstwa firmy Pick, odkrył że artystka tworzy komiksy o mangalicy. W ten cudowny sposób do japońskiego komiksu trafił również węgierski biznes.

Co się zaś tyczy mojego pytania, to do mangalicowo-mangowych puzzli zaczęły w końcu trafiać brakujące elementy: Matsumoto, która mangalicę zobaczyła po raz pierwszy w japońskiej telewizji, zaczęła rysować serię komiksów. Mangalica jest w nich japońskim karczmarzem spotykającym w swojej knajpie bardzo różne towarzystwo. Właśnie o jego przygodach opowiadają komiksy.

Gościnnie trafił do komiksu również Tóth, który jako węgierski obrońca mangalic opowiada historię o ratowaniu świń. Zresztą Tóth dopiero w Japonii dowiedział się, że występuje w komiksie: „Byłem ogromnie zaskoczony, ciągle wydaje mi się to dziwacznym pomysłem, jednak dla ważnej sprawy trzeba zrobić wszystko. Istotne jest to, żeby do młodych ludzi też dotarła idea mangalicy. Przecież nie tylko jej mięso, ale i ona jako zwierzę jest popularna w Japonii.”

Promowanie mangalicy doprowadziło do tego, że nawet Ministerstwo Rozwoju Wsi dostrzegło fantazję w wyjątkowym wieprzowym mięsie. Wkrótce zawrze wartą 110 milionów forintów umowę z hodowcami mangalic, w ramach której będą oni na różne sposoby reklamować swój produkt na japońskim rynku. „Jeżeli spośród wielu spraw leżących nam na sercu trzeba wyróżnić dwie, to jedną będzie zagadnienie rodzimych zwierząt, drugą obszar produktów luksusowych. Mangalica jest gatunkiem zwierząt związanym z poważną, węgierską tradycją, ale potrafi także zająć należyte miejsce na krajowych i międzynarodowych rynkach” – mówił Feldman, podsekretarz stanu.

„Ok, jesteśmy w domu, rozumiem wszystko” – myślałem sobie, ale wtedy Matsumoto i Jasuda zaczęli mówić, a przez to powieść Vonneguta, jak i rzeczywistość, zaczęły mi się jawić jakby trochę w stylu mangi. Attaché Jasuda powiedział najpierw, że początkowo nie był świadomy, że Matsumoto przygotowuje mangę o mangalicy, wiedział jednak, że mangalica to włochate, miłe stworzenie, co jest w Japonii wymogiem podstawowym dla bohatera bajki, pomyślał więc, że taka forma jest całkowicie stosowna. Następnie mówił o tym, że kiedy był na Węgrzech, chciał zjeść dużo mangalicy, bo w Japonii jest bardzo droga.

„Wieprzowina wszędzie na świecie jest symbolem dobrobytu, ja natomiast mogłam spróbować tylko takiej i tylko taką, nieznaną żadnemu innemu komiksowemu rysownikowi, mogłam narysować. Bardzo lubię ją jako postać i teraz, tak sobie pomyślałam, będę ją rysować jeszcze subtelniej” – powiedziała pod koniec spotkania Matsumoto.

Opuszczałem Király utca rozmyślając o tym, że mimo wsparcia rządu sprawy toczą się swoim rytmem, więc dlaczego nie mogłoby się zdarzyć i tak, że w pewną wyimaginowaną, tokijską noc także minister rolnictwa zostałby jednym z gości mangalicy?

Źródła:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *